Fall in Love

Interior Design

Travel

niedziela, 3 grudnia 2017

   Na wstępie chciałabym zaznaczyć, jak bardzo się cieszę, że mogę zrecenzować dla Was kolejną, ekologiczną polską firmę, tym razem, tworzącą kosmetyki kolorowe. Rynek naturalnych kosmetyków ciągle się rozrasta, dzięki czemu, mamy większy wybór oraz dostępność stacjonarną.

Marka Annabelle Minerals to nie nowość. Została już wielokrotnie nagradzana i opisywana w gazetach. To co należy podkreślić, to to, że ich produkty są nietestowane na zwierzętach, są w 100 % naturalne, wielofunkcyjne (można je stosować na mokro i na sucho), posiadają ochronę UVA i UVB, sprawdzą się dla posiadaczek każdego typu skóry, mają ogromny wybór odcieni, więc każdy znajdzie coś dla siebie.



Jako posiadaczka cery suchej, byłam pewna, że produkty sypkie, nie są dla mnie, a ich krycie jest za małe. W tej kwestii bardzo się pomyliłam.
Przez kilka ostatnich miesięcy skrupulatnie testowałam kilka hitów marki. Publikując zdjęcia swoich makijaży na instagramie, wiele osób pytało o to, jakiego podkładu użyłam. Nie będę już trzymać Was w niepewności, poniżej możecie zapoznać się z moją opinią.

Zdecydowanie przygodę z kosmetykami Annabelle musimy zacząć od dobrania odpowiedniego odcienia. W tym pomoże albo wizyta w firmowym salonie (ul. Mokotowska 51/53, Warszawa), lub zamówienie kilku próbek w cenie 8,90 zł/ sztuka, bazując na tabeli kolorystycznej.
Ja osobiście mogłam polegać na doradztwie wizażystek w salonie, gdzie dobrano dla mnie kolor Golden Fair. Trafiony w dziesiątkę.



(Odnośniki do strony firmy są w tytułach, wystarczy kliknąć).

PRIMER PRETTY NEUTRAL

Puder nagrodzony przez InStyle. Rzeczywiście  zmniejsza  widoczność porów, a rozprowadzenie pozostałych pudrów jest łatwiejsze. Ja jednak nie zawsze go używałam, zwłaszcza gdy w podróży musiałam ograniczać ilość kosmetyków. Bez niego makijaż trzymał się bardzo dobrze, z nim jeszcze lepiej. Ma uniwersalny kolor.
Cena 49,90 zł/ 4 g.

PODKŁAD ROZŚWIETLAJĄCY I PODKŁAD KRYJĄCY
Byłam więcej niż pewna, że podkład kryjący na mojej twarzy będzie wyglądał ciężko, a przy tym nie przykryje zmian skórnych czy cieni pod oczami. Tutaj się pomyliłam, ponieważ, stopień krycia można budować, dzięki czemu skóra naprawdę wygląda nieskazitelnie. Najlepiej nakładać produkt stopniowo, ruchami stęplującymi, niedużym pędzlem typu kabuki. Pędzel można zwilżyć, lub użyć zupełnie na sucho. Pudrowość wykończenia mija po około 20-30 minutach (przy suchej cerze), zmieniając się w piękną satynę, dzieje się to dlatego, że minerały  scalają się ze skórą pokrytą kremem (nałożonym przed makijażem). Tego wrażenia twarzy, osypanej "mąką" obawiałam się najbardziej.
Jak widzicie na zdjęciu, cienie pod oczami są ładnie przykryte, a cera ani się nie świeci, ani nie jest matowa. Do tego makijażu użyłam primera, podkładu kryjącego, oraz rozświetlającego do wykończenia.
Podkłady nawet noszone przez cały dzień, nie zablokowały porów. Latem, pod wieczór twarz w strefie "T" odrobinę się świeciła, ale mi osobiście taka kwestia nie przeszkadzała. Stosuję bardzo odżywcze i ciężkie kremy, może stąd taki efekt. Podejrzewam, że użycie chusteczki matującej rozwiązałoby ten defekt. Nie zauważyłam także uwydatnienia suchych skórek.
Puder rozświetlający używany solo, daje mały, do średniego stopnia krycia. Drobiny odbijające światło są na tyle małe, że o wrażeniu "dyskotekowej kuli" nie ma mowy. Jest to bardzo subtelne wykończenie. Cytując opis ze strony:
"Rozświetlająca mika, matujący tlenek cynku, odpowiedzialny za ochronę UVA/UVB na poziomie 15 SPF dwutlenek tytanu i koloryzujący tlenek żelaza-ultramaryna, zapewniają bezpieczny i trwały makijaż, poprawiający wygląd, dający skórze oddychać".
Poczucie, że możemy wyglądać lepiej z makijażem, który nie obciąża i niszczy naszej cery jest bardzo pocieszające, prawda?
Cena 34,90 zł/4 g lub 59,90 zł/10 g.





Z góry zaznaczę, że jest to ogromnie wydajny i bardzo napigmentowany produkt. Trzeba obchodzić się z nim ostrożnie. Ten kolor wybrała dla mnie wizażystka, chociaż odcień Sunrise czy Coral są również interesujące. Rose jest raczej chłodny, stonowany. Moja rada - po nasypaniu produktu na wieczko, dokładnie rozprowadźcie go na pędzlu okrężnymi ruchami (3-5 okrążeń pędzla na wieczku), wtedy będziecie miały pewność, że puder jest równomiernie rozmieszczony na włoskach i nie zrobicie sobie plamy. Ten róż jest raczej matowy, nie nazwałabym go rozświetlającym. Do makijażu codziennego na uczelnię lub do pracy, sprawdzi się idealnie. 
Cena 39,90 zł/ 4 g.


Jest to bardzo jasny, lekko różowo-łososiowy kolor, idealny jako baza pod dalszy makijaż oczu. Dobrze matuje powiekę. Nie zbiera się w załamaniach, ale ja ogólnie nie mam z tym problemu, więc może to nie będzie dla Was miarodajne. Jako cień, nie był to dla mnie produkt rewolucyjny, ale jako róż, sprawdził się rewelacyjnie (lepiej niż kolor Rose). Poza tym w podróży wygodniej było mi spakować do kosmetyczki ten jeden, mniejszy produkt (3 g.), niż spory słoiczek z różem (4 g). Uwielbiam kosmetyki 2 w 1!
Cena 29,90 zł/ 3 g.


Dzięki tym pędzlom, wykorzystujemy możliwości kosmetyków mineralnych w 100 %. Baby kabuki idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy, wchodząc we wszystkie załamania, a do tego jest niesamowicie miękki i delikatny. Jego kompaktowy rozmiar sprawdza się idealnie w podróży. Natomiast mini kabuki rewelacyjnie sprawdza się do nakładania podkładu kryjącego jako korektora. Zwłaszcza w okolicach oczu i nosa. Takiego modelu pędzla bardzo mi brakuje w mojej kolekcji Zoeva. Niewielki minus za to, że wypadło z nich kilka włosów. Wciąż jednak, dostajemy świetne akcesoria, w bardzo przystępnej cenie. 
Cena za mini kabuki 29,90 zł, cena za mini kabuki 27,90 zł. 



PODSUMOWANIE

Plusy:
- polska firma;
- makijaż który chroni i pielęgnuje cerę, ochrona UVA, UVB;
- minimum składników, maximum efektu;
- satynowe wykończenie;
- szeroki wybór kolorystyki;
- bezpieczna forma produktu i opakowania w czasie podróży (ile razy zdarzył Wam się wybuch podkładu w kosmetyczce?);
- świetna wydajność w stosunku do ceny.

Minusy:
- dostępność stacjonarna, jeśli wahamy się jaki wybrać kolor online;
- skromne opakowanie (w dzisiejszych czasach często kupujemy oczami i wybieramy produkt, który ma piękne opakowanie, nie zważając na to, czy faktycznie jest dobry);
- może się czepiam, ale chcę zwrócić na to uwagę, bo może to komuś przeszkadzać. Przy robieniu makijażu wszystko bardzo pyli. Jeśli mamy obok siebie coś szklanego, będzie pokryte pyłkiem, który dość ciężko zmyć;
- przy bardzo suchej cerze, konieczne jest mocne nawilżenie. 

Na zakończenie chciałabym Wam zagwarantować, że używając naturalnych kosmetyków kolorowych nie tracimy tej jakości wykończenia i efektu do jakiego przywykłyśmy używając produktów z górnej półki. Wręcz przeciwnie, możemy tworzyć naprawdę zjawiskowe makijaże, nie szkodząc sobie przy okazji. Aktualnie używam kosmetyków ekologicznych wielu różnych marek i jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Stopniowo będę je opisywać na blogu. 

Pozdrawiam!
Magda

P.S. Dziękuję firmie Annabelle Minerals, a zwłaszcza Magdzie, za możliwość przetestowania kosmetyków oraz akcesoriów. Chciałabym zaznaczyć, że recenzja bazuje na moich własnych odczuciach. To, że opisałam swoje wrażenia na blogu jest tylko i wyłącznie moją inicjatywą. Lubię dzielić się z Wami swoją opinią i promować naturalne podejście do makijażu i pielęgnacji. 




niedziela, 12 listopada 2017





jeans, belt, leather jacket - MNG | shoes - &Other Stories | bag - Camelia Roma



linen shirt - F&F | trousers - Bershka | shoes - Topshop | bag - Camelia Roma

sobota, 19 sierpnia 2017

Hej! Od ponad 2 miesięcy stosuję zupełnie nową pielęgnację twarzy firmy Lush Botanicals. Wiecie, że lubię testować nowe produkty, zwłaszcza ekologiczne. Jeśli jesteście ciekawi jak w moim przypadku sprawdziły się te nowości, zapraszam do lektury.


Na początek kilka ważnych faktów:
- jest to polska, ekologiczna firma.
- produkty nie zawierają konserwantów, chemii.
- opakowania kosmetyków są wykonane z grubego szkła chroniącego je przed promieniowaniem UVA i UVB.
- kosmetyki powinno się trzymać w lodówce, by były dłużej świeże (do 6 msc.), ale nie jest to konieczne. Jeśli wiemy, że zużyjemy produkt w ciągu 3 miesięcy, możemy spokojnie przechowywać je poza nią.
- składy kosmetyków są czytelne na stronie sklepu jak i na etykiecie dołączonej do opakowania.
- nie są to "tanie" produkty. Jest to raczej wysoka półka cenowa. Koszt opakowania, produkcji, zakupu dobrej jakości składników "robi" cenę. 
- przed i po zakupie produktów możecie liczyć na fachową pomoc i doradztwo drogą mailową. 
- wszystkie produkty mają bardzo silny, naturalny, kwiatowo-cytrusowy zapach.




Lucious lip butter - masło do ust. Cena 50 zł, 15 ml. Do kupienia TUTAJ.

Coś dla właścicielek spierzchniętych ust. Świetny produkt do odbudowy naskórka. Działa łagodząco. Zawiera witaminy pochodzące z naturalnych olejków, m.in. olej monoi, a także masło mango, masło shea, wosk z jojoba. Dla mnie idealny na noc, dla gruntownej regeneracji. W dzień, będąc gdzieś w biegu nigdy nie używam produktów w słoiczkach. Nie lubię po prostu nakładać produktów do usta palcem.  Poza tym jest to dość tłusty produkt.
Bardzo wydajny!
Ogólna ocena 8/10


Juice in motion - tonik odświeżający. Cena 85 zł, 100 ml. Do kupienia TUTAJ.

Produkt, który chyba spodobał mi się najbardziej. Do tej pory byłam przyzwyczajona do hydrolatów czy toników o typowo wodnistej, lekkiej konsystencji. Po ich aplikacji czułam zwykle ściągnięcie skóry i konieczna była szybka dawka serum. Ten tonik ma w sobie oleje, które już nawilżają i odżywają cerę. Poza tym w składzie jest sok z aloesu (silne działanie regeneracyjne), olej z moreli, ekstrakt z pestek guarany, olej ze skórki cytrynowej i wiele, wiele innych, cennych składników. 
Po wyjęciu z lodówki butelkę trzeba wstrząsnąć. Nie używałam do aplikacji wacika, tylko dawałam kilka kropel na dłoń i wklepywałam zimny płyn w twarz. Był to bardzo orzeźwiający rytuał z racji chłodzenia i obłędnego, cytrusowego zapachu. Sama przyjemność. Po nałożeniu na twarzy czuć przyjemną warstwę nawilżenia. Dla osób z przetłuszczającą się cerą, ten produkt może być jednak za ciężki. Ogromnym plusem jest wydajność produktu. W 2 miesiące zużyłam może 1/4 butelki.
Ogólna ocena 10/10



Stardust Eye Serum - serum pod oczy. Cena 195 zł, 30 ml. Do kupienia TUTAJ.

Produkt często pomijany w pielęgnacji (bo ileż można mieć tych butelek!?), a jakże ważny. Skóra wokół oczu jest bardzo wrażliwa i po niej najbardziej widać oznaki starzenia. Warto jednak pamiętać, że nie możemy stosować non stop ciężkich produktów w tym miejscu, nawet mając suchą skórę. To może ją dodatkowo obciążyć. To serum jest dość lekkie w porównaniu do pozostałych produktów, które testowałam.  Nie lepi się. Szybko się wchłania. Skład jest bardzo długi, zawiera m.in. olej z opuncji, masło murumuru, ekstrakt z zielonej kawy, owoców acai, pantenol, betainę i kwas hialuronowy. Czego chcieć więcej? Mam bardzo cieńką skórę pod oczami, na dodatek płytko osadzone naczynia krwionośne i żyłki. Każda posiadaczka sińców pod oczami wie, że kryjący korektor to rzecz niezastąpiona. Aktualnie używam Shape Tape z firmy Tarte. Wszyscy ostrzegali mnie, że zrobi mi ze skóry pod oczami pustynię. Chyba dzięki temu serum, nic takiego się nie stało. To chyba najlepsza rekomendacja? Wydajność szokująca. Mała kropelka wystarczy na jedno użycie, zastanawiam się więc, czy jest szansa zużycia tego produktu przed terminem ważności.
Ogólna ocena 10/10



Sunlight day cream - nawilżający i odżywający krem na dzień. Cena 195 zł, 50 ml. Do kupienia TUTAJ.

Ten krem ma bardzo bogaty skład i konsystencję! Zawiera np. antyoksydanty, witaminy, kwas hialuronowy, naturalne filtry UV. 
Znajdziemy w składzie oleje: z pestek truskawek, kiwi i passiflory, z róży damasceńskiej, monoi, i wiele innych. Ekstrakty z aloesu i mleczka pszczelego.  Dodatkowo witaminy E i B5 (pantenol - łagodzący), i kwas hialuronowy o cząsteczkach różnej wielkości. 
Krem ten cudownie  (i trwale) nawilża, odżywia i uelastycznia skórę, bez dwóch zdań. Czas wchłaniania to około 15-20 min, chociaż wciąż czuć go na skórze. Nadaje się więc dla typowo suchej, odwodnionej skóry. 
Wolałabym jednak, żeby krem był zapakowany w słoik, nie w butelkę z pompką, ale to wszystko dla zapewnienia świeżości i sterylności. Po pewnym czasie pompka może się trochę zacinać, trzeba więc krem zostawić na chwilę poza lodówką i klepnąć kilka razy w spód butelki. Powinno zadziałać. 
Z racji wysokiej ostatnio temperatury i chyba wzmożonego wysiłku, zauważyłam, że ten krem powoduje u mnie wzmożone przetłuszczanie się czoła. Na taką porę był po prostu za ciężki. Na noc, jak najbardziej. Krem jest niesamowicie wydajny. Ilośc wielkości ziarna groszku wystarczy na jedną aplikację.
Ogólna ocena 7/10




Ogólna ocena: kosmetyki zdały test bardzo pozytywnie, chociaż jak napisałam wyżej, są małe minusy. Opakowania są bardzo solidne, ale nie widać ile produktu nam zostało. Pompka może się zacinać. Krem na dzień dla mnie jednak (w lecie za ciężki) bardziej zdał egzamin na noc. Każdy ma inny budżet i stosunek do pieniędzy, ale obiektywnie patrząc, nie można zaprzeczyć, że ceny są wysokie jak nasz rynek, chociaż uzasadnieniem może być zastosowanie wysokiej jakości składników i ich koszt sprowadzenia, lub własnoręcznego wytworzenia. 
Przy tak intensywnym trybie życia jaki ostatnio prowadziłam ( zła dieta, mało snu,  dużo kawy, przyznaję się bez bicia), stan skóry nie pogorszył się jakoś diametralnie, co również potwierdza skuteczność tych kosmetyków. Z ręką na sercu mogę je polecić. 

Dziękuję firmie Lush Botanicals za możliwość przetestowania tych produktów. 

wtorek, 2 maja 2017

   Wracam do Was ze specjalnym postem. Jest wyjątkowy, ponieważ rzadko przygotowuję się do publikacji posta tak długo. W tym przypadku chciałam być w stu procentach pewna, że produkt spełnia swoje zadanie.


Większość kobiet bardzo dba o to, jak prezentuje się "na zewnątrz". Wydajemy ogromne sumy na ubrania, dodatki, kosmetyki kolorowe. Czy przykładamy taką samą uwagę do tego, czego nie widać, a raczej co kryjemy pod ubraniem?
Z pewnością, jeśli zapytamy 100 osób (mężczyzn?) o najważniejszy atrybut kobiety, najczęściej usłyszymy "dekolt", "biust". Ileż to dowcipów powstało na temat kobiecego biustu i krępujących sytuacji kiedy to mężczyzna, zamiast patrzeć kobiecie w oczy, wpatrywał się w jej walory?
Wszystko to jest bardzo powierzchowne, ale jeśli zadbany dekolt sprawia, że czujemy się pewniej, bardziej kobieco, to chyba warto poświęć mu trochę uwagi oraz... budżetu. Oczywistym jest odpowiedni dobór bielizny, ale o tym może kiedy indziej. 


Większość dostępnych drogeryjnych kosmetyków do pielęgnacji biustu zawiera silikony, wątpliwego pochodzenia emolienty, dorobiny złuszczające, abyśmy po ich użyciu miały wrażenie "gładkiej i nawilżonej" skóry. Niestety tutaj kładę nacisk na słowo "wrażenie", ponieważ pod względem długofalowego działania, mamy poważne braki. 
Według mnie, kosmetyk spełnił swoje zadanie, jeśli nawet po jego odstawieniu, czujemy i widzimy widoczną poprawę w kondycji skóry, a nie tylko zaraz po zastosowaniu danego kosmetyku. 
Firma Purite, którą cenię i wspieram od dawna, stworzyła linię kosmetyków do pielęgnacji biustu, dekoltu i szyi , które nie tylko poprawiają kondycję skóry, ale działają również głębiej, łagodząc comiesięczny dyskomfort. To wszystko dzięki użyciu najwyżej jakości olejków i wyciągów eterycznych, mających dobroczynny wpływ na skórę oraz nastrój. 
W składzie znajdziemy m.in.: olejek bazyliowy, olejek z kadzidłowca, olejek lawendowy. Linia Purite Selected zawiera peeling, olejowe serum oraz treściwy mus. Cały zestaw zapakowany jest w ręcznie zdobioną, drewnianą skrzynkę z logo firmy. Opakowania i etykiety są bardzo proste w formie, typowe dla firmy Purite, która kładzie nacisk na jakość produktu, a nie krzykliwą otoczkę. Ciemne butelki chronią produkt przed promieniami UV. 


Z góry chciałabym zaznaczyć, że w związku z zastosowaniem najwyższej jakości składników, oraz kosztów samego opakowania, ceny produktów nie są niskie. Jeśli liczmy na widoczne efekty, nie ma mowy o kompromisach. Do produkcji ekologicznych kosmetyków możemy użyć np. oleju arganowego za 50 zł/0.5 l, lub takiego za 150 zł/0/5 l. Pytanie, ile firm używa tych naprawdę najlepszych dostępnych składników?


Wiem, i ręczę za to, że team Purite nie stosuje półśrodków. 
Po kilkumiesięcznym stosowaniu tych kosmetyków mogę z pewnością stwierdzić, że działają. Skóra staje się gładka i bardziej elastyczna. Naturalne olejki sprzyjają relaksowi i wyciszają. 
Szczerze jednak zalecam sprawdzenie, czy przypadkiem nie jesteśmy uczuleni na któryś składnik. 
Kosmetyków używałam raz w tygodniu. Pierwszy etap to peeling, który podejrzewam, wzbudzi największe wątpliwości. Ma on typowo "ekologiczną" konsystencję i zapach. Jeśli lubicie słodkie, kwiatowe aromaty, te produkty nie są dla Was. Jest on dosłowanie napakowany naturalnymi składnikami, tj: glinka, pestki czarnego bzu, różnego rodzaju oleje. Peeling jest drobnoziarnisty i przygotowuje skórę do wchłonięcia serum i musu. Ma silny, ziołowy zapach, który ubóstwiam. Przypomina mi zabieg, który miałam w SPA na Malediwach, co przywołuje niesamowicie pozytywne wspomnienia. Serum i mus należy dokładnie rozprowadzić i rozmasować, dzięki czemu poprawimy ukrwienie i elastyczność skóry. Cały rytuał zalecam stosować na wieczór. Produkty zostawiają przyjemny, otulający film. Każdy z nich jest wydajny, a z jednorazową ilością nie należy przesadzać. 
Myślę, że zwłaszcza przed sezonem wakacyjnym, warto zadbać o tę część ciała. 


Bez wątpienia jest to produkt luksusowy, o czym świadczy nie tylko jakość użytych składników, ale także forma opakowania. Każda kobieta doceni taki prezent. 



Dziękuję zespołowi Purite za możliwość przetestowania tych wyjątkowych kosmetyków. Była to prawdziwa przyjemność!




Plusy:
- wydajność
- widoczne efekty
- jakość opakowań
Minusy:
- cena =  najwyższa jakość składników
- zapach ( dla osób, które lubują się w delikatnych, cytrusowych lub kwiatowych aromatach)
- dostępność (wybrane punkty sprzedaży oraz online http://www.shop.purite.pl/webpage/o-linii-selected.html )






wtorek, 26 lipca 2016

Hi there!
Sorry for a lack of updates recently. There was quite intense time in my trade and still is. Plus there ware huge changes in a private area, so I haven't had time for blogging. You can subscribe my facebook and instagram accounts to be up to date though.
Today I want to show you my outfit with off-shoulder blouse which I bought couple months ago. It's a hot trend right now. It doesn't surprise me because it's very feminine and sexy without looking too vulgar.
I paired this blouse with culottes trousers and flat shoes. Shocking. It's risky when you're short, but it's nice to experiment at times. Gold jewellery adds a little kick to this monochromatic outfit. Hope you'll like it.
Till next time!
Bye.


_________________________________________________________________________________

Witajcie!
Na początku chciałabym przeprosić za ciszę na blogu. Intensywny okres w brażny plus spore zmiany w życiu osobistym sprawiły, że blog musiał zejść na dalszy plan. Zachęcam jednak do zaglądania na facebook'a i instagram, gdzie wrzucam posty w miarę regularnie.

Dzisiaj "polską" premierę miała bluzka odkrywająca ramiona, którą kupiłam w październiku tamtego roku, przed wyjazdem na Malediwy (klik) . Aktualnie jest to chyba najbardziej popularny trend w sezonie. Wcale się nie dziwię. Odkryte ramiona są bardzo kobiece i sexy, bez zbędnej wulgarności. Połączyłam bluzkę z równie ryzykownym dołem, czyli szerokimi spodniami o długości 7/8. Z płaskimi butami. Niby nie powinnam, ale warto czasem poeksperymentować. Na upały, taki strój był idealny. Monochromatyczny zestaw przełamuje delikatna, złota biżuteria. Bez przegadania, tak jak lubię.

Do następnego!






blouse, trousers, earings - H&M | shoes - MANGO | bag - Paulina Scheadel | ring - Mocca Loca | sunglasses - no name

sobota, 9 kwietnia 2016


Hello there!
I noticed just after I left home that I was wearing the jacket from last outfit post. You can call it fashion faux pas,because when you're running a blog you have to show new clothes constantly and be a trendsetter. That's was irony by the way. I think exactly opposite.
Classic pieces like this jacket you can wear all the time and mix it with everything. This is what classics are for. That's why I bought it. This time I mixed it in a masculine way - with all black basic clothes and flat shoes.



_________________________________________________________________________________


Witam Was serdecznie!
Dopiero po wyjściu z domu zorientowałam się, że założyłam tę samą marynarkę, która pojawiła się w ostatnim poście. Można to potraktować jako modową "wpadkę", bo przecież prowadząc bloga, trzeba nieustannie pokazywać nowe rzeczy, wyprzedzać trendy, o co najmniej dwa sezony itd. Oczywiście, piszę to z ironią. Otóż uważam, że nie trzeba.
Klasyczne elementy ubioru można nosić często, ponieważ pasują dosłownie do wszystkiego. Z taką myślą właśnie, kupiłam tę marynarkę. Tym razem potraktowałam ją zupełnie po męsku, łącząc z czarnymi rurkami i płaskimi półbutami.











jacket - ZARA | turtleneck, bag - MASSIMO DUTTI | shoes, skinnies - MANGO | bracelet - COCKTAIL ME





niedziela, 27 marca 2016

Witam Was Świątecznie!
Od zawsze byłam przeraźliwie blada, ale pomimo nieprzyjemnych docinek, nigdy się tym za bardzo nie przejmowałam. Taka po prostu jestem - kropka. Oczywiście, podczas każdych wakacji (niestety nie zawsze bezpiecznie) przyjmowałam wit. D wraz z opalenizną w pakiecie. Męczyłam się przy tym strasznie, bo po prostu nie lubię leżeć plackiem. Dobrze wiedziałam, że po tygodniu-dwóch, śladu po opaleniźnie nie będzie, zwłaszcza na twarzy. Natury nie oszukasz - pomyślałam.
Sporadycznie ratowałam się samoopalaczami, chociaż sama nazwa skutecznie mnie odstraszała. Trafiałam na lepsze i gorsze produkty, z przewagą tych drugich. Znacie na pewno problem okropnego zapachu, smug i zacieków, żółtych plam?

Skontaktowała się ze mną firma Vita Liberata, specjalizująca się w produktach samoopalających. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że 80 % składników jest pochodzenia organicznego, a firma ma swoje korzenie w Irlandii (nie w Kalifornii).  To mnie zdecydowanie przekonało, by dać tym produktom szansę. Przetestowałam dwa z najnowszej oferty Vita Liberata.



PHENOMENAL 3 WEEK TAN MOUSSE - MUS SAMOOPALAJĄCY DO CIAŁA - 125 ml
Samoopalacz w musie, a raczej w piance, w zestawie z rękawicą do aplikacji. Producent zapewnia opaleniznę bez smug, bez przykrego zapachu, utrzymującą się 2-3 tygodnie. Występuje w dwóch odcieniach: medium i dark. Testowałam kolor medium.

Jak jest w rzeczywistości?

OPAKOWANIE - jest bardzo praktyczne, estetycznie wykonane, a pompka chodzi bardzo sprawnie. Załączona ulotka i instrukcja dobrze wyjaśnia sposób aplikacji.
APLIKACJA - zawsze unikałam produktów w piance, bo bałam się, że będą zbyt szybko wysychać na skórze tworząc smugi. Poza tym, szczerze, nie mam dużego doświadczenia w kwestii nakładania takich produktów. Tutaj bardzo pomaga rękawica, która rozprowadza mus bardzo równomiernie i szybko. Faktycznie bardzo szybko zasycha, ale jakimś cudem daje się prawidłowo nałożyć. Dzięki temu, cała procedura trwa maksymalnie 5-10 min., nawet dla laika, jakim jestem ja. Skóra w ogóle nie jest klejąca, a lekko połyskuje. Dzięki intensywnej barwie musu, efekt widoczny jest od razu, przy okazji możemy zauważyć, czy każda część ciała, została równo pokryta.
Rękawicę można wyprać zwykłym mydłem.
Na suchych partiach skóry trzeba uważać z ilością pianki. Skóra powinna być nawilżona i złuszczona, ale nie tłusta! Najlepiej wieczorem zrobić peeling, nałożyć sporą warstwę balsamu nawilżającego, rano, po prysznicu, nałożyć samoopalacz. Zapach musu jest raczej delikatny, nie drażni.
MOJA OPINIA - wielki plus za łatwość i szybkość aplikacji. Można się poratować przed "wielkim wyjściem" nawet na ostatnią chwilę i wyglądać jak po powrocie z wakacji. Charakterystyczny zapach wystąpił na mojej skórze po 2-3 godzinach, co prawda ledwie wyczuwalny, nie mniej jednak, chcę być całkowice szczera w swojej ocenie.
Przy intensywnym wysiłku, biała koszulka zabarwiła się delikatnie na brązowo pod biustem, ale po praniu, nie było śladu.
Nakładałam piankę 2 dni pod rząd, jeden dzień przerwy (intensywne nawilżenie), i trzeci, ostatni raz.
Najlepszy efekt widziałam u siebie na nogach, tam opalenizna trzymała się najdłużej, czyli około 1,5 tygodnia. Z górnej części ciała znikała równomiernie po tygodniu. I to jest wg. mnie najważniejsza kwestia, jeśli chodzi o samoopalacze. Pomarańczowe, suche placki są nie do przyjęcia. Skóra nie jest wysuszona, co więcej, bardzo ładnie połyskuje w świetle. Drugą istotną kwestią jest kolor, a ten jest bardzo naturalny. Nazwałabym go "kalifornijską opalenizną".
Producent zapewniał trwałość rzędu 2-3 tygodni, co u mnie się nie sprawdziło, ale myślę, że po prostu taka jest specyfika mojej skóry.
Jest to naprawdę dobry samoopalacz, może odrobinę kosztowny (175 zł/125 ml), ale wydajny. Efekt można stopniować i ciężko z nim przesadzić.
OSTATECZNA OCENA - 8/10

Blade nogi przed, opalone nogi po 3 aplikacjach. 

p.s. Phenomenal 3 Week Tan Mousse był nominowany w plebiscycie "kosmetyk roku" miesięcznika Glamour, w kategorii najlepszy produkt do ciała, nie bez powodu :)

TRYSTAL3 BRONZING MINERALS - MINERALNY BRONZER DO TWARZY I CIAŁA

To swego rodzaju rewolucyjny produkt, ponieważ, jest to samoopalający, mineralny bronzer. Stosując go na makijaż, stopniowo przyciemnia nam skórę. Występuje w dwóch odcieniach 02 Bronze i 01 Sunkissed. Testowałam nr 01. Do zestawu dołączony jest pędzel kabuki w kolorze różowego złota.



Czy naprawdę jest taki rewolucyjny?

OPAKOWANIE - okrągłe, plastikowe, zakręcane, które dość łatwo się brudzi. Bordowo-przeźroczyste, z miedzianymi napisami (jeszcze się nie wytarły). Łatwo ocenić poziom zużycia. W środku "sitko" przez które wytrząsamy pożądaną ilość luźnego pudru. Pędzel jest dość duży,  a opakowanie już niekoniecznie, więc nabieranie wymaga wprawy. Trzeba dokładnie, kolistymi ruchami wetrzeć produkt w pędzel. Można posiłkować się nakrętką i na nią wysypywać powoli minimalną ilość pyłku, by nie przesadzić. W pudełku znajduje się czytelna instrukcja obsługi w kilku językach.
APLIKACJA - należy nakładać puder kolistymi ruchami na całą twarz, szyję, dekolt, zaznaczając np. mocniej kości policzkowe, kolejno przez 5 dni. Efekt można stopniować, czyli od skóry muśniętej słońcem, do naprawdę mocno opalonej. Wykończenie oceniłabym na raczej satynowe, bez perłowych drobin. Tak jak wspomniałam wcześniej, koniecznie (!) trzeba precyzyjnie i równomiernie obtoczyć pędzel w pudrze kolistymi ruchami, w przeciwnym razie, możemy nabawić się plam. Jeśli jednak Wam się to przydarzy - pędzel jest na tyle elastyczny, że daje możliwość rozblendowania takich wpadek. Tym pudrem możemy z powodzeniem wykonturować twarz.
MOJA OCENA - nakładałam produkt kilka dni pod rząd i za każdym razem byłam pod wrażeniem naturalnego koloru jaki powstaje na skórze. Coś pięknego! Żaden bronzer nie dawał takiego efektu. (Ukochany Golden Rose Mineral Bronzing Powder jest satynowo-perłowy, nie matowy). Wraz z niesamowicie miękkim pędzlem, tworzą duet idealny. Kabuki to naprawdę majstersztyk, a jest w zestawie, w cenie produktu. Wiecie doskonale, że pędzle w zestawach są zazwyczaj do wyrzucenia. Można go nałożyć jak tradycyjny puder brązujący, na wystających częściach twarzy, ale można także aplikować go na całą twarz, szyję i dekolt, przez co naprawdę wyglądamy jakbyśmy wrócili z Karaibów. Świetnie współpracuje z podkładami i kremami. Nie waży się, nie zapycha. Jedyne moje zestrzeżenie dotyczy efektu samoopalającego, którego właściwie nie dostrzegłam. Jeśli już, to bardzo minimalne. Nawiązując do tego co napisałam wyżej - może to być wina stricte mojej skóry, która ciężko "chwyta" sztuczną opaleniznę, a jak chwyci, to na krótko.
Zaznaczam jednak, że naturalne wykończenie jakie daje, rekompensuje tę wadę.
Za kwotę 169 zł, mamy więc świetny bronzer, w zestawie z jeszcze lepszym pędzlem (jakością przewyższa Real Techniques, Eco Tools czy Zoevę). Oczywiście, możemy kupić o wiele tańszy bronzer, ale dobre pędzle kosztują już sporo. Sławna "Ziemia Egipska" kosztuje podobnie, a uważam, że Trystal3 bije ją na głowę.
OSTATECZNA OCENA - 8/10, pędzel 10/10!

Blada twarz sauté, twarz z podkładem i pudrem Trystal3.

Reasumując - używając tych produktów, czujemy się "jakby luksusowo". Spełniają swoje zadanie, powiedzmy na 90 %. Pomimo wspomnianych minusów, oceniam je bardzo pozytywnie. Oceny na www.sephora.com są naprawdę bardzo wysokie, więc nie koloryzuję. Pędzel kabuki, okazał się największym zaskoczeniem.
Nie są to produkty pierwszej potrzeby, ale jeśli chcecie zainwestować w samoopalacz o dobrym składzie, tworzący naturalnie wyglądającą opaleniznę - macie moje zielone światło.

Dziękuję firmie Vita Liberata Polska za możliwość przetestowania produktów.


I na zakończenie chciałabym zaprosić Was do konkursu, w którym możecie wygrać puder Trystal3 w wybranym kolorze. 
Wystarczy polubić profil na instagramie @missgoodtaste i @vitaliberatapoland i odpowiedzieć na pytanie: "Czym jest dla Ciebie sztuczna opalenizna?" pod zdjęciem  Vita Liberata na moim instagramie. Czas trwania konkursu mija 31 marca 23:59. Wybiorę najciekawsze odpowiedzi, a zwycięzca dostanie puder Trystal3 w zestawie z pędzlem. 


Pozdrawiam!