Fall in Love

Interior Design

Travel

środa, 25 lutego 2015

The best way to add energy each morning, is listening to good music. A little bit of a classic, a little bit of a pop and a strong beat. Legs undermine themselves to dance, and moodiness goes into oblivion. I wish you a nice day!
_________________________________________________________________________________

Najlepszym sposobem na dodanie sobie porannej energii, jest słuchanie dobrej muzyki. Trochę klasyki, trochę popu i mocnego beatu. Nogi same podrywają się do tańca, a zły humor odchodzi w zapomnienie. Miłego dnia Wam życzę!

(source: tumblr)


1. Ryuichi Sakamoto - Bolerish Piano Version
2. Ryuichi Sakamoto - Forbidden Colours (Solo Piano)
3. Moonkay - "10:45 am"
4. Philip Goerge - Wish You Were Mine
5. Dabin & Daniela Andrade - Touch
6. Missy Elliot - She's a Bitch (Zeppy's Flip)
7. Burial - Rough Sleep (FAMES Remix)
8. SOHN - The Chase
9. Edo Lee - Black Coffee
10. Urban Cone - Sadness Disease [AiYLO Remix / Lyric Video]
11. The Neighbourhood - Sweater Weather
12. Pet Shop Boys - West End Girls
13. Soft Cell - Tainted Love
14. SOHN - The Wheel
15. Obywatel G. C. - Nie Pytaj O Polskę
16. Shirley Bassey - Diamonds Are Forever
17. Madonna - Time Stood Still
18. Leonard Cohen - I'm Your Man
19. Laura Welsh - Undiscovered
20. Vaults - One Last Night

niedziela, 22 lutego 2015

I wear classics daily and I never get tired of it. The only exception is when I'm at home in my track-suit or I'm on the way to a nearby shop ( definiately not stylish, more like weirdo- hobo style).
In this outfit the main cast are: white shirt, classic wayfarers and camel scarf. I tucked this shirt into the trousers what surprisingly made my shorties a little bit longer then they really are. "Me like it!".
_________________________________________________________________________________

Prawię nigdy nie rezygnuję z klasyki. Wyjątkiem są dresy noszone po domu i ewentualnie w drodze do pobliskiego sklepu (wtedy prędzej mi do stylu kloszarda).
Dzisiaj pod lupą jest biała koszula, tym razem włożona do spodni, czego zwykle nie robię. W takiej wersji nogi wydają się o wiele dłuższe, niż są w rzeczywistości. "Lubię to!".
Do grona "klasyków", w tym zestawie, dołączył także szalik w wielbłądzim kolorze oraz nieśmiertelne Ray-Bany Wayfarer'y.






jeans, jacket - ZARA | boots - Vagabond | leather belt, bag - MNG | shirt - H&M Men | scarf - COS

czwartek, 19 lutego 2015

Last Saturday passed on strolling around the Berlin city, mainly in the area of Mitte. As you can see, the iPhone map has been useful.
Quite possibly, I felt spring a little bit too early... I mean, me wearing slippers in February - madness! Do you also can't wait for spring to come? I already smell green grass and feel imaginary, warm sunbeams on my face.
My choice of a footwear could have been unfortunate, but I never forget the scarf. I don't like drafts and cold, that's why I always put something around my neck. Besides, this accessory gives a little twist to any outfit. Agree with me?
_________________________________________________________________________________

Ostatnia sobota minęła na spacerowaniu po Berlinie, głównie w okolicach Mitte. Jak widzicie, mapa w telefonie okazała się przydatna.
Całkiem możliwe, że zbyt wcześnie poczułam wiosnę, ubierając slippersy. Czy Wy też nie możecie się jej doczekać? Już czuję ten zapach trawy i czuję wyimaginowane ciepło na twarzy, od pierwszych, wiosennych promieni słońca.
Buty może i dobrałam niefortunnie, ale nigdy nie zapominam o szaliku. Nie lubię przeciągów i zimna, dlatego często zakładam coś na szyję. Poza tym, taki dodatek świetnie dopełnia każdy strój. Prawda?






sweater - vintage | shoes - Report | jeans - TOP SHOP Leigh | leather jacket - ZARA | shawl - Cubus | bag - MNG | sunglasses - Ray-Ban Wayfarer

środa, 18 lutego 2015

Hi! I'm Magda and I love food. Like crazy. I can talk about it constantly. Cooking and eating good stuff makes my a happy person - as simple as that. It is said "you are what you eat" - so believe it or not, this is a crucial thing in everyones life. I hate these days when I'm in such a rush that I can't eat a normal meal in pleasnt atmosphere. I've been trying to avoid it like the plague, because I really love to celebrate these moments. Today was a lucky day and I had a chance to make "food diary" post. It was extremely delicious! Good night guys!
_________________________________________________________________________________

Cześć! Mam na imię Magda i kocham jedzenie. Szaleńczo. Mogę mówić o nim nieustannie. Gotowanie i jedzenie uszczęśliwa mnie - tak po prostu. Mówi się, że "jesteś tym, co jesz" - więc to co jemy, jest kluczową kwestią, w naszym życiu. Nie cierpię tych dni, w których jestem w pośpiechu, nie mogąc zjeść posiłku w przyjemnej atmosferze. Staram się unikać takich sytuacji jak ognia, ponieważ uwielbiam celebrować te momenty. Dzisiaj był "szczęśliwy dzień", więc miałam możliwość przygotować ten wpis. Dobrej nocy!


Breakfast - fresh juice, herbal tea, half avocado, 2 soft-boiled eggs, sandwich with chickpeas pasta


Guilty plesure time! Donut with rose marmolade and green tea.


Lunch time - salad with beetroot, avocado, grapes and feta cheese, plus banana and pinepple smoothie.


Dinner - beans stew and Mariage Freres tea.


Supper in a good company - sandwich with goat cheese and green pesto, cherry tomatoes, herbal tea.

wtorek, 17 lutego 2015

This year's sales didin't  tempt me. I know well what I need, so I don't buy impulsively.
Before I went to Berlin, I made a specific shopping list. Despite the promising myself - "I don't want any new cosmetics", something fell into the cart because I've had some shortcomings in that department.
I also bought a classic, good quality accessory in the form of shawl with tassels. It is from COS and it's made of  wool and cashmere. Evergreen!
I wouldn't be myself if I didn't come back from the trip with new teas. My favourite Mariage Freres Casablanca and two more from Pukka will make evenings and mornings really pleasant. Marks & Spencer also offers nice herbal teas. I espacially like one with ginseng and ginger and with lavender - sincerely recommend.

Subscribe my instagram account to keep up with pics from Berlin and many more...
_________________________________________________________________________________

Tegoroczne przeceny w ogóle mnie nie kusiły. Dobrze wiem, czego potrzebuję, więc nie wiem co to impulsywne zakupy.
Przed wyjazdem do Berlina, sporządziłam dokładną listę sprawunków, ponieważ zawsze zapominam połowy rzeczy, które miałam tam kupić. Pomimo obiecywania sobie - "nie chcę już żadnych nowych kosmetyków", okazało się ostatecznie, że jednak mam pewne braki w tym departamencie.
Projekt denko jest w toku, więc czułam się rozgrzeszona.
Postawiłam także, na klasyczny, dobrej jakości dodatek, w postaci szala z frędzlami. Jest z COS'a, ma w składzie wełnę i kaszmir. Nieśmiertelny klasyk!
Nie byłabym sobą, gdybym nie wróciła z wyjazdu z nowymi herbatami. Ulubiona Mariage Freres Casablanca i całkiem nowa dla mnie Pukka, będą umilać najbliższe wieczory i poranki. Ostatnio także kupiłam świetne herbatki ziołowe w Marks & Spencer (z żeń-szeniem i imbirem oraz uspokajająca, z lawendą i kwiatem lipy) - szczerze polecam.

Zapraszam do subskrybcji mojego konta na Instagramie, by być na bieżąco...



This photo looks so valentine-ish. Isn't it? | Całkiem przypadkowo, to zdjęcie idealnie wpisało się w walentynkowy klimat ostatnich dni.


Maybelline Mousse Blush in 02 | Essence Soo Glow Cream Highlighters | Max Factor Creamy Blush in Soft Pink | P2 Lip Liner in Nude | Fit Me Concelear in 10

Balea Creame Oil Lotion | Balea Foot Creame | Sukin Skin Care | Garnier Hair Care | Origins Tinted Moisturizer VitaZing

Ulubiony balsam z olejkami Balea | Krem do stóp Balea 10 % Urea | Kremy Sukin na dzień i na noc | Szampon i odżywka z nowej serii Garnier | Krem koloryzujący Origins z Żeń-szeniem |


COS shawl | Szalik z COS

poniedziałek, 16 lutego 2015

You know my admiration for coats very well. Most of my winter sets were based on this item. (Are you bored already?) I've always been bothered by the fact that I have no Anja Rubik height and I should pick mid-thigh coat lenth. I reconsidered this fact after I saw this bathrobe camel coat on the market. In the end, it's just piece of clothing which you can experiment with. Why do we have to stick to safe standards? Be bold once in a while!
I really like the fact that is loose enough to wear thick sweater underneath. Layering will provide comfort and warmth in a cold weather.
Combination of camel, grey and black works perfectly, regardless of the season. Leather handbag with exotic embossing adds that extra "something" to the outfit.
_________________________________________________________________________________

Doskonale znacie moje uwielbienie do płaszczy. Większość moich zimowych zestawów, opiera się właśnie na nich. Nie zdziwiłabym się, jeśli jesteście już znudzeni tym co pokazuję, ale tak właśnie się noszę. Wcześniej przejmowałam się faktem, że nie mam wzrostu Anji Rubik i raczej powinnam wybierać fasony do połowy uda. Przemyślałam kwestię ponownie, gdy nadażyła się okazja zakupu płaszcza o fasonie szlafroka. W końcu to tylko ubranie, można poeksperymentować. Dlaczego musimy trzymać się bezpiecznych standardów? Zaszalejmy od czasu do czasu!
Kiedyś kupowałam dopasowane, krótkie płaszcze, pod którymi z ledwością mieściły się cieńkie swetry. To był błąd i wcale nie było mi w nich ciepło. Luźniejsze fasony pozwalają na ubranie się na tzw. "cebulkę". Warstwowość takiego ubioru, zapewni komfort i ciepło w chłodne dni.
Pierwszy raz założyłam ten płaszcz będąc w Berlinie.  Tam nikogo nie dziwi zabawa z modą. Co więcej, spotykam tam za każdym razem całą masę, świetnie wystylizowanych osób. Prawdopodobnie w Polsce taki ubiór większe zainteresowanie. Co takiego sprawia, że Polacy krzywo patrzą na niestandardowo ubrane jednostki? Ilość dziwnych spojrzeń w moimi kierunku, gdy noszę kapelusz mogłabym liczyć w dziesiątki. Dlaczego osoba wyróżniająca się z tłumu musi być szufladkowana? Moda jest sposobem na wyrażenie siebie, pokazanie swojego poczucia estetyki, a nie kwestią rangi państwowej. Nie ma w tym nic niestosownego w moim odczuciu, dopóki jest robione ze smakiem, bez ostentacyjnego epatowania nagością. Przecież swoim ubiorem, nikt nie wyrządza nikomu krzywdy. Odrobina luzu i dystansu nie zaszkodzi.
Co ciekawe, najwięcej do powiedzenia zawsze mają osoby, które z modą i stylem nie mają zbyt wiele wspólnego.
Mam ogromną nadzieję, że społeczeństwo będzie w przyszłości bardziej tolerancyjne.









jeans - H&M | sweater - vintage | boots - Vagabond | coat - MNG | scarf - Cubus | leather bag - Zara | bracelet - Cocktail'Me

wtorek, 10 lutego 2015

NEPAL

After India http://www.missgoodtaste.com/2014/11/india.html Kathmandu was the next stage of our three-week trip. We spent only four days there, so we only have enough time for the typical tourist "must see" places. Although there is traffic noise everywhere, I have to admit that the city has its own unique charm. Beautiful architecture gives testimony of the rich culture of Nepal - colorful stalls, monumental stupas. Rickshaw noise is mixed with traditional music, sound, and smell of rotating mill burned incense floats in the air. The city attracts crowds of tourists. Mountaineers will be delighted as the views here are really amazing. A flight over the Himalayas in a small plane was fantastic and unforgettable experience.

(click on the picture if you want to see it in a bigger size)
_________________________________________________________________________________

Po Indiach http://www.missgoodtaste.com/2014/11/india.html, Katmandu było kolejnym etapem naszej trzytygodniowej podróży. Mieliśmy w nim spędzić tylko cztery dni, więc czasu starczyło nam tylko na te typowo turystyczne, obowiązkowe do zobaczenia miejsca. Choć panuje tu hałas komunikacyjny, trzeba przyznać, że miasto ma swój niepowtarzalny urok. Piękna architektura dająca świadectwo bogatej kultury Nepalu, kolorowe stragany, monumentalne stupy. Hałas rikszy miesza się z tradycyjną muzyką, dźwiękiem obracanych młynków a zapach palonych kadzideł unosi się w powietrzu. Miasto przyciąga tłumy turystów. Miłośnicy gór będą tu zachwyceni, bo widoki rzeczywiście są niesamowite. Fantastycznym doświadczeniem był lot widokowy, małym samolotem nad Himalajami.

(kliknijcie na zdjęcie, jeśli chcecie zobaczyć je w większym rozmiarze)







On our list of places to visit were: Swayambunath, Boudhanath, Pashupatinath stupas. In each of them has a familiar atmosphere, but each one is literally besieged by tourists, which unfortunately, is not a pleasant experience. We could not also visit Thamel, with lots of shops, restaurants and pubs. We stayed at Trekkers Holiday Inn, where we were able to participate in traditional Nepalese cuisine school lessons. Mostly vegetarian dishes based on lentils.
_________________________________________________________________________________

Na naszej liście miejsc do zwiedzenia były obowiązkowo stupy: Swayambunath, Boudhanath, Pashupatinath. W każdej z nich panuje niezwykła atmosfera, ale też każde jest dosłownie oblegane przez turystów, co niestety, nie jest przyjemnym doświadczeniem. Nie mogliśmy nie odwiedzić także dzielnicy Thamel, z mnóstwem sklepów, restauracji i pubów. Zatrzymaliśmy się Trekkers Holiday Inn, gdzie mogliśmy uczestniczyć w lekcjach gotowania tradycyjnych nepalskich posiłków. Dania są przeważnie wegetariańskie, a króluje soczewica. 

TIBET

In Kathmandu we met our driver and guide, who took us to the Chinese border. Along the way we passed a number of police stations. We stopped at each of them, documentation and reservations were checked. Of course, we were advised that we can not have any books, pictures with the image of the Dalai Lama, nor can we mention aloud his name.
The roads were narrow, winding and the views are spectacular. You never know until the last minute, whether you will be able to reach Tibet, because from day to day  the political situation can change and the border will be closed. Sometimes prolonged rains cause mudslides that prevent the passage through the mountain roads. However, we were able, after a few hours we arrived at the border in Kodari, where we waited for another driver with a guide (it's required). From this point we guided strongly upward, past the small Tibetan village. In one of them we stopped to enjoy traditional Tibetan tea with salty yak butter. We had the opportunity to see the interiors of typical houses that are in the middle of a very colorful and filled with furniture. The air is filled with the smell of cigarette smoke and butter. Peculiar combination.
On the way we passed to Tingri pass situated at an altitude of 5126 meters and from that point we began to feel the effects of altitude sickness. It started with the pain and dizziness, and later it was just worse. When we arrived in Tingri we had nausea, one of the participants had difficulties with breathing. The plan was to stay here two nights andand then go to Everest Base Camp. Early in the morning, it turned out that the weather is bad, it was raining and you can not see Mount Everest. Nonetheless part of the group decided to go there with a guide. Further route ran through the town of Shigatse and Gyantse. The last and probably the most important place of the tour was the Tibetan Lhasa. The city where the famous Potala Palace - the seat of the Tibetan spiritual leader Dalai Lama. Today the palace, where there are plenty of chambers, corridors, stairs, decorated with thousands of statues was converted into a museum. We also visited the Jokhang - the oldest Buddhist temple in Tibet. I can't even describe in words the incredible atmosphere, in which Tibetans pray. They are so focused that tourists don't bother them.
_________________________________________________________________________________

W Katmandu poznaliśmy naszego kierowcę i przewodnika, którzy zabrali nas do granicy chińskiej. Po drodze mijaliśmy wiele posterunków policji. Zatrzymywano nas na każdym z nich, sprawdzano dokumenty i rezerwacje. Oczywiście zostaliśmy uprzedzeni, że nie możemy mieć żadnych książek, zdjęć z wizerunkiem Dalajlamy, ani nie możemy na głos wspominać jego imienia.  Mieliśmy dużo szczęścia, jeżeli chodzi o pogodę. Drogi były wąskie, kręte a widoki przepiękne. Nigdy nie wiadomo do ostatniej chwili, czy będzie możliwość dotarcia do Tybetu, ponieważ z dnia na dzień może się zmienić sytuacja polityczna i granica będzie zamknięta.  Czasami długotrwałe deszcze powodują lawiny błotne, które uniemożliwiają przejazd przez górskie drogi. Nam się jednak udało, po kilku godzinach dojechaliśmy do granicy w Kodari, na której czekał na nas kolejny kierowca z przewodnikiem ( jest to wymagane). Od tego miejsca pięliśmy się mocno w górę, mijając niewielkie tybetańskie wioski. W jednej z nich zatrzymaliśmy się, żeby skosztować tradycyjnej tybetańskiej herbatki ze słonym masłem z jaka. Mieliśmy okazję zobaczyć wnętrza typowych domów, które są w środku bardzo kolorowe i przepełnione meblami. W powietrzu unosi się zapach dymu papierosowego i masła. Osobliwe połączenie. Na trasie do Tingri mijaliśmy przełęcz  położoną na wysokości 5126 metrach i od tego miejsca zaczęliśmy odczuwać skutki choroby wysokościowej. Zaczęło się od bólu i zawrotów głowy, później było już tylko gorzej. Po przyjeździe do Tingri niektórym dokuczały nudności, jeden z uczestników miał problemy z oddychaniem. Plan zakładał, że zostaniemy tu dwie noce a drugiego dnia wyruszymy do Everest Base Camp. Wczesnym rankiem okazało się, że pogoda jest kiepska, padał deszcz i Mount Everest nie widać. Mimo wszystko część grupy postanowiła pojechać z przewodnikiem do bazy pod Everestem. Dalsza trasa prowadziła przez miejscowości Shigatse i Gyantse. Ostatnim i chyba najważniejszym miejscem tybetańskiej trasy, była Lhasa. Miasto, gdzie znajduje się słynny Pałac Potala, siedziba Dalajlamy- duchowego przywódcy Tybetu. Obecnie pałac, w którym znajduje się mnóstwo komnat, korytarzy, schodów, ozdobiony tysiącami posągów został przekształcony w muzeum. Odwiedziliśmy także Jokhang – najstarszą świątynię buddyjską  w Tybecie. Nie da rady słowami opisać tej niesamowitej atmosfery skupienia, w jakiej modlą się Tybetańczycy. Nie przeszkadzają im turyści robiący zdjęcia, przeciskający się przez tłum.















  Potala

CHINA

In the meantime, one of the companions had to go to the hospital because of water in the lungs. The situation was so serious that the hospital stay was prolonged to three days. Stay in a Chinese hospital is a topic for a whole book. No one, but no one spoke in any of the hospitals in English. Luckily we had a guide who explained everything. The hospital itself was different from the European, for example: the lack of showers in the bathrooms (the question where are the showers, the staff replied that sick people can not wash), the toilets are co-educatied and there is no intimacy. Fortunately, after three days the patient felt a little better, and we begin the last part of the journey.
The route from Lhasa to Xi'an train took thirty-three hours. We drove in four of the six-compartment without a door. The train was packed to the limit. Just a few hours after the start sinks in the corridors were crammed with tea bags and noodle soups powder. Spitting at feet is a normal thing just like in Tibet. On the train where are 2,000 Chinese people everything takes on a different dimension. There is no habit of flushing the toilet and smoking in a non-smoking area is also acceptable. Munching laud behavior while eating is probably the smallest problem for European. Reluctance with which Europeans are served in restaurants and stores is sensible. Lack of knowledge of the English language only deepens the gap. After twelve hours, the train makes a peculiar smell (no showers, smoking in the compartments and corridors plus Chinese flavor soups) and after twenty-four hours becomes unbearable. We shared a compartment with a young boy and a girl (the same guy we met by chance later in Xi'an). In the meantime, people on the beds were changing, so we had a few hours every new tenants.
Xi'an welcomed us with incredible heat and high humidity. It is a large and historically important city in China. Is surrounded by city walls of the Ming Dynasty, and is close to one of the biggest attractions - the Museum of the Terracotta Army. In the evenings, the city is teeming with life, there are plenty of shops, bars and restaurants. A nice change from the "raw" Tibet. The greatest happiness for me was to try authentic Chinese cuisine, which is second to none. The richness of flavors and aromas, whether on street stalls or in expensive restaurants. In Beijing, we had to try the Peking duck, which tasted great. This culinary tour was succesfull in 100 %!
How can I summarize these three weeks in India, Nepal and China? Each country has something unique, but it was not easy. The burning sun, cold, rain, altitude, food poisoning, lack of communication. On the other hand, beautiful views, great culture and religion, the newly meet people who made us so welcome in their homes, dining experience. My favorite sentence of Anthony Bourdain'a comes to mind when I'm thinking about this trip: "Travel is not always pretty. It is not always comfortable. Sometimes it hurts, it even breaks your heart. But that's okay. The journey changes you - Should it change you. It leaves marks on your memory, on your consciousness, on your heart, and on your body. You take something with you. Hopefully, you leave something good behind ".

Ania.
_________________________________________________________________________________

W międzyczasie jeden z towarzyszy musiał pojechać do szpitala, ponieważ miał wodę w płucach. Sytuacja była na tyle poważna, że pobyt w szpitalu przedłużył się do trzech dni. Pobyt w chińskim szpitalu to temat na całą książkę. Nikt, ale to nikt nie mówił w żadnym ze szpitali po angielsku. Na szczęście mieliśmy przewodnika, który wszystko tłumaczył. Sam szpital różnił się od tych europejskich, np. brakiem pryszniców w łazienkach ( na pytanie gdzie są prysznice, personel odpowiadał, że chorzy ludzie nie mogą się myć), toalety są koedukacyjne i nie ma tam żadnej intymności.  Na szczęście pacjent po trzech dniach czuł się trochę lepiej, i  mogliśmy zacząć ostatni etap podróży.
Trasa  z Lhasa do Xi’an  pociągiem trwała trzydzieści trzy godziny. Jechaliśmy w czwórkę w sześcioosobowym przedziale bez drzwi. Pociąg był zapakowany do granic możliwości. Już kilka godzin po starcie umywalki na korytarzach były zapchane herbatą i makaronem z zupek w proszku.  Już w Tybecie spotkaliśmy się ze słynnym spluwaniem pod nogi. W pociągu, w którym jest ok. 2000 Chińczyków wszystko nabiera innego wymiaru. Nie ma nawyku spuszczania wody w toalecie, a palenie papierosów w miejscu dla niepalących to norma. Mlaskanie przy jedzeniu i głośne zachowywanie się to chyba najmniejszy problem. Bardzo rzuca się w oczy lekka pogarda, z jaką europejczycy są obsługiwani w restauracjach czy sklepach.  Brak znajomości języka angielskiego tylko tą przepaść pogłębia. Po dwunastu godzinach  w pociągu zapach robi się specyficzny ( brak pryszniców, palenie w przedziałach i na korytarzach plus aromat  zupek chińskich) a po dwudziestu czterech  godzinach staje się nieznośny. My dzieliliśmy przedział z młodym chłopakiem oraz dziewczyną ( tego samego chłopaka spotkaliśmy później przez przypadek w Xi’an ). W między czasie osoby na łóżkach się zmieniały, więc mieliśmy co kilka godzin nowych lokatorów.
W Xi’an przywitał nas niesamowity upał i  duża wilgotność powietrza.  Jest to duże i historycznie ważne miasto w Chinach. Okalają je mury z dynastii Ming, a niedaleko znajduje się jedna z największych atrakcji – Muzeum Terakotowej Armii.  Wieczorami miasto tętni życiem, jest mnóstwo sklepów, barów i restauracji. Miła odmiana po „surowym” Tybecie. Największym szczęściem było dla mnie spróbowanie autentycznej chińskiej kuchni, która nie ma sobie równych. Bogactwo smaków i aromatów, czy to na ulicznych straganach czy w drogich restauracjach. W Pekinie musieliśmy spróbować kaczki po pekińsku, która smakowała wyśmienicie. Pod względem kulinarnym wycieczka udała się w 100%!
Jak mogę podsumować te trzy tygodnie w Indiach, Nepalu i Chinach? Każdy kraj ma w sobie coś niepowtarzalnego, choć nie było  łatwo. Palące słońce, zimno, deszcz, wysokość, zatrucia pokarmowe, brak komunikacji. Z drugiej strony piękne widoki, wspaniała kultura i religia, nowo poznani ludzie, którzy nas ugościli w swoich domach, doznania kulinarne. Kiedy myślę o tej wyprawie, do głowy przychodzi mi ulubiony cytat Anthonego Bourdain’a: „ Travel isn't always pretty. It isn't always comfortable. Sometimes it hurts, it even breaks your heart. But that’s okay. The journey changes you - it should change you. It leaves marks on your memory, on your consciousness, on your heart, and on your body. You take something with you. Hopefully, you leave something good behind”.

Ania.