niedziela, 6 grudnia 2015

Przepraszam Was za ciszę na blogu. Czasem przychodzi taki moment, gdy kumuluje się mnóstwo rzeczy na raz, a zaraz po ich skończeniu myśli się tylko o odpoczynku, dlatego też musiałam zrobić sobie małą przerwę. Na pocieszenie szykuję dla Was sporo nowych interesujących wpisów.

Dzisiaj przyszedł czas na recenzję kosmetyków, których używam już od dłuższego czasu, są w 100 % przeze mnie sprawdzone pod każdym względem, nie było taryfy ulgowej.
Mowa o produktach firmy Purite, o których wspominałam już w poprzedniach wpisach ( tutaj i tutaj).
Chciałabym najpierw podzielić się z Wami historią powstania marki i zdradzić zaskakujące szczegóły towarzyszące całemu przedsięwzięciu.



Purite powstało w połowie 2014 roku dzięki inicjatywie trzech osób - dr. Doroty, Szymona oraz Sebastiana, i w takim składzie pozostaje do dzisiaj. Te trzy genialne umysły tworzą coś, co może zawstydzić największe koncerny kosmetyczne. (Ich produkty często są mylnie kojarzone z wytworami topowych firm kosmetycznych).
Ale od początku.



Pierwszy pomysł stworzenia własnych kosmetyków zakiełkował w momencie, gdy u dzieci Doroty zaczęły pojawiać się kolejne alergie, i żadne leki czy kosmetyki nie pomagały, a wręcz przeciwnie - szkodziły. Przeprowadzka na wieś umożliwiła własną hodowlę ziół i roślin, co tym bardziej podsyciło pomysł stworzenia własnej linii kosmetyków. Upłynęło jednak wiele wody w rzece i odbyło się wiele intensywnych spotkań, pomiędzy tą twórczą trójką, zanim powstał pierwszy produkt. Dorota jest technologiem i odpowiada za tworzenie receptur, Sebastian - perfekcjonista, z zawodu projektant mody, wkłada w oprawę graficzną całego przedsięwzięcia 150 % zaangażowania i pasji. Dzięki Niemu,  każdy element, czcionka, etykiety, opakowania, są najwyższej jakości i z całą pewnością kosmetyki te, mogły by być sprzedawane w najlepszych domach towarowych na świecie. Wysoka jakość broni się sama.



Cały zespół scala Szymon, wcześniej pracujący w korporacji, odpowiedzialny za marketing i całą resztę ważnych kwestii, o których my, "konsumenci" - (przepraszam Szymon za to słowo!) nie mamy pojęcia. Procedura opracowania formuły kosmetyku, badania dermatologiczne, sprowadzenie odpowiednich opakowań, projekt etykiety itd. itd. trwa miesiącami. Jak na markę, która powstała w tamtym roku, oferta jest bardzo bogata. Dostępne są mydła, peelingi, serum, kremy, olejki, świeczki, balsamy do ust i wiele innych. Nie ma mowy o oszukiwaniu na składnikach. Olejki eteryczne nie są sprowadzane jako zamienniki z  Chin, a mydła "leżakują" odpowiednio długo, by móc je w ogóle nazwać mydłami. Składy kremów są tak opracowane, że pomimo ogromnej ilości olejków, nie powodują uczulenia i nie zapychają. Gwarantuję. Mogą je stosować osoby z cerą mieszaną i tłustą, ponieważ te oleje, regulują wydzielanie sebum.
Przetestowałam już wiele kosmetyków w swoim życiu, ale jeszcze nic nie zaskoczyło mnie tak pozytywnie jak Purite.



Przez ostatnie 2 miesiące testowałam:

SCRUB VANILA & ROSE
Cukrowy peeling do ciała, zawierający także m.in. sól z morza martwego, olejek z róży damasceńskiej, masła i witaminę E jest kosmetykiem wielozadaniowym. Nie tylko złuszcza naskórek, ale też pielęgnuje, dzięki czemu nie musimy używać już balsamu. Zapach jest bardzo intensywny, utrzymuje się długo po kąpieli.
Po jego użyciu, nawilżenie i gładkość skóry odczuwamy od razu, utrzymuje się kolejne 2 dni. Najkorzystniej jest używać peelingu raz lub dwa razy w tygodniu. Szklane pakowanie o pojemności 250 ml powinno wystarczyć na 8-10 użyć. Dostępne są różne kombinacje zapachowe, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Cena 49,00 zł.
MOJA OCENA: do tej pory przygotowywałam peelingi własnoręcznie, co może i jest trochę kłopotliwe, ale na pewno warte zachodu. Tutaj jednak skład jest bardzo bogaty, więc ciężko byłoby zrobić taką mieszankę w domu. Kondycja skóry znacznie się poprawiła, zwłaszcza w połączeniu z masłem do ciała. Trzeba być ostrożnym przy otwieraniu/zamykaniu słoika tłustymi rękami, jest dość ciężki. Scrub nakładać najlepiej na wilgotną skórę, wtedy jest wydajniejszy. Zapach róży jest tutaj bardzo wyczuwalny, więc jeśli ktoś jest wielbicielem tego aromatu, będzie bardzo usatysfakcjonowany.



AFTER SUN BODY BUTTER
Jak sama nazwa wskazuje, jest to masło, czyli jest go stosunkowo mniej niż w normalnym opakowaniu balsamu. Ma stałą konsystencję, ale pod wpływem ciepła dłoni, rozpuszcza się jak olej. Idealnie nadaje się na lato, nie tylko z powodu swojego obłędnego kakaowego zapachu, ale także dzięki temu, że w składzie znajdziemy aloes, o działaniu silnie nawilżającym i łagodzącym (np. oparzenia słoneczne). Poza masłem kakaowym jest tam także masło karite, olej arganowy, kokosowy i ze słodkich migdałów, witaminę E. Szklany słoik zawiera 120 ml produktu i kosztuje 49,00 zł.
MOJA OCENA: "wpracowanie" tego masła w skórę rzeczywiście zajmuje trochę czasu, jeśli chcemy wykorzystać daną porcję naprawdę efektywnie. W przeciwnym razie, masło dość szybko się skończy. Wybaczam mu jednak tę wadę, ponieważ działa genialnie. Odżywa, nawilża, ujędrnia. Przez kolejne dwa dni od użycia, skóra jest elastyczna i wygląda bardzo zdrowo. Przy regularnym stosowaniu, kondycja widocznie się poprawia i nie potrzebne jest codzienne aplikowanie. Nie czekam zbyt długo na wchłonięcie, po prostu zakładam piżamę, która potem pięknie pachnie czekoladą, co dla mnie wcale nie jest minusem.



KREM ODŻYWCZO-REGENERUJĄCY
Jako posiadaczka bardzo suchej, wymagającej cery, często sięgałam po kremy o bardzo treściwej konsystencji. Bardzo lubię to uczucie ulgi, gdy po całym dniu zmywam twarz i nakładam solidną porcję odżywczego specyfiku. Wcześniej był to krem Sylveco z betuliną, potem krem Sukin, a teraz jest to własnie ten krem Purite. Oczywiście obawiałam się tego bogatego składu, bo zdarza mi się, że pewne kosmetyki wywołują na moim czole wysyp krostek, ale tutaj nic takiego nie wystąpiło. Mamy tutaj do czynienia z naprawdę dobrym "regeneratorem". Hydrolat z róży damasceńskiej nawilża i odmładza, masło shea nawilża i ujędrnia, olej z pestek śliwki, kokosowy, awokado, arganowy, ze słodkich migdałów, czarnuszki, makadamia, aloesowy, grejpfrutowy (uff) mają tyle cennych właściwości, że można by było napisać o nich osobny elaborat. Pomimo aż TYLU olejów, nie spotkałam się z opinią, by komuś ten krem zaszkodził. Jest to bardzo niewiele, ale niech Was to nie zwiedzie. Na całą twarz potrzebujemy ledwo ilość równą ziarnku groszku. Zamknięty w małym, 30 ml słoiku niepozorny krem-masło, pomoże z pewnością wielu z Was, zwłaszcza teraz, gdy mamy do czynienia z niskimi temperaturami i wiatrem. Kosztuje 79,00 zł w promocji.
MOJA OCENA: pięknie wygładza i uelastycznia suchą, zmęczoną skórę, eliminuje suche skórki, na dodatek pachnie jak pomarańczowe żelki Haribo. Nie mam żadnych zastrzeżeń, ponieważ doskonale spełnia swoje zdanie. Ważne jest tylko by nie przesadzić z ilością, w przeciwnym razie wytłuścimy sobie poduszkę.



Jestem ogromnie zadowolona ze wszystkich produktów Purite, jakie dotychczas testowałam. Mimo kilku, mikroskopijnych minusów, zdecydowanie są warte zakupu. Dopracowany design opakowań cieszy oko i z pewnością ozdobi toaletkę każdego wielbiciela naturalnej pielęgnacji.

* Wpis powstał dzięki współpracy z firmą Purite.


8 komentarzy :

  1. Ja też je uwielbiam :D dzięki Tobie :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Może w końcu zdecyduję się na ten krem :) wiesz jak cenie sobie Twoje recenzje :) pozdrawiam i czekam na te wpisy… :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma się co zastanawiać, te kosmetyki są bardzo dobre. :)

      Usuń
  3. Pięknie wyglądają opakowania i składy :) Bardzo podoba mi się filozofia marki!

    OdpowiedzUsuń