Fall in Love

Interior Design

Travel

niedziela, 27 marca 2016

Witam Was Świątecznie!
Od zawsze byłam przeraźliwie blada, ale pomimo nieprzyjemnych docinek, nigdy się tym za bardzo nie przejmowałam. Taka po prostu jestem - kropka. Oczywiście, podczas każdych wakacji (niestety nie zawsze bezpiecznie) przyjmowałam wit. D wraz z opalenizną w pakiecie. Męczyłam się przy tym strasznie, bo po prostu nie lubię leżeć plackiem. Dobrze wiedziałam, że po tygodniu-dwóch, śladu po opaleniźnie nie będzie, zwłaszcza na twarzy. Natury nie oszukasz - pomyślałam.
Sporadycznie ratowałam się samoopalaczami, chociaż sama nazwa skutecznie mnie odstraszała. Trafiałam na lepsze i gorsze produkty, z przewagą tych drugich. Znacie na pewno problem okropnego zapachu, smug i zacieków, żółtych plam?

Skontaktowała się ze mną firma Vita Liberata, specjalizująca się w produktach samoopalających. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że 80 % składników jest pochodzenia organicznego, a firma ma swoje korzenie w Irlandii (nie w Kalifornii).  To mnie zdecydowanie przekonało, by dać tym produktom szansę. Przetestowałam dwa z najnowszej oferty Vita Liberata.



PHENOMENAL 3 WEEK TAN MOUSSE - MUS SAMOOPALAJĄCY DO CIAŁA - 125 ml
Samoopalacz w musie, a raczej w piance, w zestawie z rękawicą do aplikacji. Producent zapewnia opaleniznę bez smug, bez przykrego zapachu, utrzymującą się 2-3 tygodnie. Występuje w dwóch odcieniach: medium i dark. Testowałam kolor medium.

Jak jest w rzeczywistości?

OPAKOWANIE - jest bardzo praktyczne, estetycznie wykonane, a pompka chodzi bardzo sprawnie. Załączona ulotka i instrukcja dobrze wyjaśnia sposób aplikacji.
APLIKACJA - zawsze unikałam produktów w piance, bo bałam się, że będą zbyt szybko wysychać na skórze tworząc smugi. Poza tym, szczerze, nie mam dużego doświadczenia w kwestii nakładania takich produktów. Tutaj bardzo pomaga rękawica, która rozprowadza mus bardzo równomiernie i szybko. Faktycznie bardzo szybko zasycha, ale jakimś cudem daje się prawidłowo nałożyć. Dzięki temu, cała procedura trwa maksymalnie 5-10 min., nawet dla laika, jakim jestem ja. Skóra w ogóle nie jest klejąca, a lekko połyskuje. Dzięki intensywnej barwie musu, efekt widoczny jest od razu, przy okazji możemy zauważyć, czy każda część ciała, została równo pokryta.
Rękawicę można wyprać zwykłym mydłem.
Na suchych partiach skóry trzeba uważać z ilością pianki. Skóra powinna być nawilżona i złuszczona, ale nie tłusta! Najlepiej wieczorem zrobić peeling, nałożyć sporą warstwę balsamu nawilżającego, rano, po prysznicu, nałożyć samoopalacz. Zapach musu jest raczej delikatny, nie drażni.
MOJA OPINIA - wielki plus za łatwość i szybkość aplikacji. Można się poratować przed "wielkim wyjściem" nawet na ostatnią chwilę i wyglądać jak po powrocie z wakacji. Charakterystyczny zapach wystąpił na mojej skórze po 2-3 godzinach, co prawda ledwie wyczuwalny, nie mniej jednak, chcę być całkowice szczera w swojej ocenie.
Przy intensywnym wysiłku, biała koszulka zabarwiła się delikatnie na brązowo pod biustem, ale po praniu, nie było śladu.
Nakładałam piankę 2 dni pod rząd, jeden dzień przerwy (intensywne nawilżenie), i trzeci, ostatni raz.
Najlepszy efekt widziałam u siebie na nogach, tam opalenizna trzymała się najdłużej, czyli około 1,5 tygodnia. Z górnej części ciała znikała równomiernie po tygodniu. I to jest wg. mnie najważniejsza kwestia, jeśli chodzi o samoopalacze. Pomarańczowe, suche placki są nie do przyjęcia. Skóra nie jest wysuszona, co więcej, bardzo ładnie połyskuje w świetle. Drugą istotną kwestią jest kolor, a ten jest bardzo naturalny. Nazwałabym go "kalifornijską opalenizną".
Producent zapewniał trwałość rzędu 2-3 tygodni, co u mnie się nie sprawdziło, ale myślę, że po prostu taka jest specyfika mojej skóry.
Jest to naprawdę dobry samoopalacz, może odrobinę kosztowny (175 zł/125 ml), ale wydajny. Efekt można stopniować i ciężko z nim przesadzić.
OSTATECZNA OCENA - 8/10

Blade nogi przed, opalone nogi po 3 aplikacjach. 

p.s. Phenomenal 3 Week Tan Mousse był nominowany w plebiscycie "kosmetyk roku" miesięcznika Glamour, w kategorii najlepszy produkt do ciała, nie bez powodu :)

TRYSTAL3 BRONZING MINERALS - MINERALNY BRONZER DO TWARZY I CIAŁA

To swego rodzaju rewolucyjny produkt, ponieważ, jest to samoopalający, mineralny bronzer. Stosując go na makijaż, stopniowo przyciemnia nam skórę. Występuje w dwóch odcieniach 02 Bronze i 01 Sunkissed. Testowałam nr 01. Do zestawu dołączony jest pędzel kabuki w kolorze różowego złota.



Czy naprawdę jest taki rewolucyjny?

OPAKOWANIE - okrągłe, plastikowe, zakręcane, które dość łatwo się brudzi. Bordowo-przeźroczyste, z miedzianymi napisami (jeszcze się nie wytarły). Łatwo ocenić poziom zużycia. W środku "sitko" przez które wytrząsamy pożądaną ilość luźnego pudru. Pędzel jest dość duży,  a opakowanie już niekoniecznie, więc nabieranie wymaga wprawy. Trzeba dokładnie, kolistymi ruchami wetrzeć produkt w pędzel. Można posiłkować się nakrętką i na nią wysypywać powoli minimalną ilość pyłku, by nie przesadzić. W pudełku znajduje się czytelna instrukcja obsługi w kilku językach.
APLIKACJA - należy nakładać puder kolistymi ruchami na całą twarz, szyję, dekolt, zaznaczając np. mocniej kości policzkowe, kolejno przez 5 dni. Efekt można stopniować, czyli od skóry muśniętej słońcem, do naprawdę mocno opalonej. Wykończenie oceniłabym na raczej satynowe, bez perłowych drobin. Tak jak wspomniałam wcześniej, koniecznie (!) trzeba precyzyjnie i równomiernie obtoczyć pędzel w pudrze kolistymi ruchami, w przeciwnym razie, możemy nabawić się plam. Jeśli jednak Wam się to przydarzy - pędzel jest na tyle elastyczny, że daje możliwość rozblendowania takich wpadek. Tym pudrem możemy z powodzeniem wykonturować twarz.
MOJA OCENA - nakładałam produkt kilka dni pod rząd i za każdym razem byłam pod wrażeniem naturalnego koloru jaki powstaje na skórze. Coś pięknego! Żaden bronzer nie dawał takiego efektu. (Ukochany Golden Rose Mineral Bronzing Powder jest satynowo-perłowy, nie matowy). Wraz z niesamowicie miękkim pędzlem, tworzą duet idealny. Kabuki to naprawdę majstersztyk, a jest w zestawie, w cenie produktu. Wiecie doskonale, że pędzle w zestawach są zazwyczaj do wyrzucenia. Można go nałożyć jak tradycyjny puder brązujący, na wystających częściach twarzy, ale można także aplikować go na całą twarz, szyję i dekolt, przez co naprawdę wyglądamy jakbyśmy wrócili z Karaibów. Świetnie współpracuje z podkładami i kremami. Nie waży się, nie zapycha. Jedyne moje zestrzeżenie dotyczy efektu samoopalającego, którego właściwie nie dostrzegłam. Jeśli już, to bardzo minimalne. Nawiązując do tego co napisałam wyżej - może to być wina stricte mojej skóry, która ciężko "chwyta" sztuczną opaleniznę, a jak chwyci, to na krótko.
Zaznaczam jednak, że naturalne wykończenie jakie daje, rekompensuje tę wadę.
Za kwotę 169 zł, mamy więc świetny bronzer, w zestawie z jeszcze lepszym pędzlem (jakością przewyższa Real Techniques, Eco Tools czy Zoevę). Oczywiście, możemy kupić o wiele tańszy bronzer, ale dobre pędzle kosztują już sporo. Sławna "Ziemia Egipska" kosztuje podobnie, a uważam, że Trystal3 bije ją na głowę.
OSTATECZNA OCENA - 8/10, pędzel 10/10!

Blada twarz sauté, twarz z podkładem i pudrem Trystal3.

Reasumując - używając tych produktów, czujemy się "jakby luksusowo". Spełniają swoje zadanie, powiedzmy na 90 %. Pomimo wspomnianych minusów, oceniam je bardzo pozytywnie. Oceny na www.sephora.com są naprawdę bardzo wysokie, więc nie koloryzuję. Pędzel kabuki, okazał się największym zaskoczeniem.
Nie są to produkty pierwszej potrzeby, ale jeśli chcecie zainwestować w samoopalacz o dobrym składzie, tworzący naturalnie wyglądającą opaleniznę - macie moje zielone światło.

Dziękuję firmie Vita Liberata Polska za możliwość przetestowania produktów.


I na zakończenie chciałabym zaprosić Was do konkursu, w którym możecie wygrać puder Trystal3 w wybranym kolorze. 
Wystarczy polubić profil na instagramie @missgoodtaste i @vitaliberatapoland i odpowiedzieć na pytanie: "Czym jest dla Ciebie sztuczna opalenizna?" pod zdjęciem  Vita Liberata na moim instagramie. Czas trwania konkursu mija 31 marca 23:59. Wybiorę najciekawsze odpowiedzi, a zwycięzca dostanie puder Trystal3 w zestawie z pędzlem. 


Pozdrawiam!

sobota, 12 marca 2016


When you feel kind of depressed because of a weather there's no better way to cheer yourself up than
browse photogallery from a trip to VERY sunny place. Definiately Maldives are heaven on earth. Ubiquitous turquoise, white sand, burning sun intoxicate you and you feel like you just took pill of happiness when you are there. It's a perfect place to relax and reset your brain. Surprisingly it's very quiet there and it's not crowded at all, which for me is a big advantage. I hope you'll like these pics as much as I do.
_________________________________________________________________________________

Nic tak nie dobija psychicznie w ponure dni, jak wspominanie wyjazdów do ciepłych krajów. Chociaż najwłaściwszym określeniem było by, po prostu raj na ziemi, bo tak właśnie nazwałabym Malediwy. Wszechobecny turkus, biały piasek, palące słońce po prostu odurzają, a człowiek tam czuje się, jakby połknął tabletkę szczęścia.
Nie znam lepszego miejsca do wypoczynku. Nie bez powodu, jest to ulubiony kierunek nowożeńców na miesiąc miodowy.
Pomimo tego, że każda nieduża wyspa mieści właściwie jeden hotel, a na raz może przebywać tam kilkuset gości, w ogóle nie słychać hałasu i jest bardzo spokojnie. To cenię sobie najbardziej.
Relaks na plaży, w towarzystwie raptem kilku osób, to coś rzadko spotykanego w Europie.
Ponad to, nie mogłam się napatrzeć na bujną roślinność każdej z wysp. Coś niesamowitego.
Zostawiam Was ze zdjęciami i mam nadzieję, że chociaż na chwilę, zrobi się Wam cieplej.
W przyszłym tygodniu pojawi się wpis dotyczący organizacji wyjazdu na Malediwy i recenzja trzech hoteli. Do następnego!